aktualności - Strona 2 z 3 - Magdalena Witkiewicz

aktualności

„Najlepszy” Łukasz Grass – życiowe przemyślenia

Właśnie skończyłam czytać książkę „Najlepszy” Łukasza Grassa. Pełna emocji piszę ten wpis. Wszystko układa się po kolei, jak pasujące do siebie części układanki. Nie wiem od czego zacząć, bo będzie to nietypowa recenzja, pełna emocji i pełna prywaty.Książka opowiada historię Jurka Górskiego, narkomana który odbił się od samego dołu i wylądował na szczycie. Wygrał nie tylko jeden z najtrudniejszych biegów świata, ale przede wszystkim wygrał życie. Życie pełne pasji, sukcesów. Jest dowodem na to, że możesz wszystko. Niezależnie jak głęboko w Czarnej Dupie jesteś, to ZAWSZE jest sposób na to by z niej wyjść.

Trzeba tylko działać, natychmiast. Nie za godzinę, nie jutro.

Jurek Górski ćpał 14 lat. Gotował kompot, kradł morfinę z Aptek, mak z pól, lądował w więzieniu, psychiatryku, próbował popełniać samobójstwo. Pewnie, gdyby mu kiedyś ktoś powiedział, w którym miejscu będzie za te kilka lat, nigdy w życiu by w to nie uwierzył. Jasne, miał predyspozycje do wyczynów sportowych, ale gdyby nie jego siła, nigdy w życiu by nie zdołał osiągnąć tego, co  osiągnął.

Czytając tę książkę myślę o sobie. Swoich słabościach, marzeniach. Pokonywaniu siebie i sprawianiu, że będę z siebie dumna.

Jesteś z siebie dumna? Dumny?

Ja jestem. Jak zapewne widzieliście trochę mnie mniej. Nie chwaliłam się tym, że po raz kolejny w moim życiu walczę o szczupłą sylwetkę, bo przecież, jak nie wyjdzie… Na razie spadło jakieś 20 kilo. Jeszcze przede mną długa droga, ale trwam. W święta również była kartka, według której przygotowywałam posiłki. Oczywiście, z chęcią bym sięgnęła po kawałek ciasta, barszcz, czy rybę po grecku. Ale nie sięgnęłam. Po co? Schemat jest dokładnie taki sam, jak w leczeniu uzależnień. Wszystkich.

Ale tu nie tylko chodzi o odchudzanie. Oczywiście bardzo mi zależy, by być zdrową zgrabną kobietą, by móc iść do pierwszego lepszego sklepu i kupić sobie świetne jeansy. Ale chodzi też o wymazanie z pamięci porażek dzieciństwa.

Ośmioletnia dziewczynka, nie potrafiąca przeskoczyć przez kozła, przez skrzynię, ZAWSZE najwolniejsza, nie lubiąca biegać, skakać, grać w dwa ognie, czy siatkówkę. Przeszczęśliwa, gdy ma zwolnienie z wuefu. Znacie taką? Na pewno. To ja.

W liceum wf był dla mnie największą traumą. Już w piątek denerwowałam się, że w poniedziałek miałam wf. Wyczyny na równoważni powodowały, że chciało mi się wymiotować. Jakie wyczyny? Ja nawet na tą równoważnię nie weszłam! Tak potwornie się bałam! Niewłaściwe podejście do takich tchórzy jak ja, zaowocowało totalną blokada przed sportem, jakimkolwiek. Dopiero całkiem niedawno, kilka lat temu zaczęłam ćwiczyć. Najpierw z trenerką, potem z trenerem. Trochę też biegałam. Pamiętam, że przebiegłam swoje pierwsze (i chyba jedyne) w życiu 5 kilometrów. Wbiegłam na molo w Brzeźnie, myśląc, że wygrałam ze światem. Czas oczywiście spacerowy, ale to nie miało znaczenia. 5 kilometrów truchtu nieprzerwanego marszem. To było dla mnie ważne. Wtedy też ładnie schudłam, ale niestety powrót do starych nawyków zaowocował powrotem do starych ciuchów.

Teraz ważę tyle, co 9 lat temu. Na początku ciąży z Mateuszem. Jeszcze trochę i dojdę do wagi ze ślubu, z momentu jak poznałam mojego męża, do wagi, której nigdy nie miałam jako dorosła kobieta. Jestem z siebie naprawdę dumna, ale wiem, że najtrudniejsze dopiero przede mną. Najtrudniejszym będzie utrzymać to, nad czym pracowałam. Czy się uda? Nie wiem. Po prostu nie wiem. Będę z pokorą podchodzić do życia, zdając sobie sprawę, że wilki czekają na każdym kroku…

Wracając do sportu. Marzę o medalu. Marzę o tym, by pobiec w Biegu Niepodległości, zrobić dystans 10 kilometrów i otrzymać medal za SPORT. Ten medal byłby dla mnie tym samym, co dla Jerzego Górskiego medal za zwycięstwo w ultramaratonie. Pamiętam liceum i bieg na 800m w lesie. 800 metrów? Teraz bym tyle przebiegła. A wtedy? Blokada moja kazała mi po 200 metrach zacząć udawać, że mdleję, a 2 koleżanki zatrzymywały się i mnie ratowały. I wszystkie trzy byłyśmy szczęśliwe, że nie musimy dalej biec, jak to nam się wydawało, na tym morderczym dystansie.

Postanowiłam sobie, że jak schudnę, będę biegać. Teraz jeszcze moje stawy by tego nie zniosły. Wybieram siłownię, rowerek, spacery po bieżni i orbitrek.

O moim odchudzaniu oczywiście kilka osób wie. Między innymi cudowna Ania Harłukowicz – Niemczynow, kobieta pełna pozytywnej energii, była trenerka personalna, biegaczka i autorka książki „W maratonie życia”, a wkrótce też książki „Dziewczyna z warkoczami”. Bardzo, bardzo mnie wspiera. Obiecała mi też, że pobiegnie ze mną w tym Biegu Niepodległości. „Boję się, że wbiegnę ostatnia na metę” – powiedziałam. „Nie wbiegniesz ostatnia. Ja wbiegnę za tobą”.

Wiecie ile takie słowa dają siły?

W tym roku Ania biegła w Biegu Niepodległości. Myślała o mnie. Jakiś czas potem dostałam przesyłkę. Medal!!!

Napisała mi, że ona mi go nie daje. Ona mi go pożycza, bym miała motywację do zmian. Napisała, że jak pobiegnę w listopadzie w Biegu Niepodległości, dostanę swój medal, to ten jej oddam.

Medal trzymam w pudełeczku. Myślę o nim. Myślę też o bransoletce z napisem „Zwyciężają ci, którzy wierzą, że mogą zwyciężyć”. Czy ja wierzę? Nie wiem. To proces. Każdego dnia trzeba myśleć, że każda minuta przybliża mnie bliżej celu, który sobie wyznaczyłam. Nie ma tak, że za chwilę, jutro, po świętach. Jest tu i teraz. POTEM, kiedykolwiek będzie to „potem” nie jest dobrym czasem.

Książka „Najlepszy” Łukasza Grassa spowodowała u mnie najróżniejsze przemyślenia.

Myślałam o tym, co już w życiu osiągnęłam. Jestem sobie za to ogromnie wdzięczna.

W czerwcu biegniemy z Anią na 5km w nocnym biegu. To będzie mój osobisty półmaraton. Ale powiem Wam, że już widzę siebie, wbiegającą na metę. Wiem, jak będę ubrana (znalazłam sobie takie świetne legginsy) i wiem, co powiem na mecie. Chyba będzie to niecenzuralne! Ale WIDZĘ TO!

I po przeczytaniu tej książki wiem, że mogę wszystko.

Kto doczytał do końca? Będziecie mnie wspierać? I kibicować? To ważne, ale wiem, że tak naprawdę sukces zależy tylko i wyłącznie ode mnie.

Koniecznie przeczytajcie tę książkę! I napiszcie, co o tym wszystkim myślicie…

 

Rozwiązanie konkursów urodzinowych

Konkurs z biblioteczką

Torba z „happy endem” oraz książka Alka Rogozińskiego „Lustereczko powiedz przecie” leci do Renaty Bonisławskiej- Sikorskiej

Konkurs z lepiejami

Zestaw: torba oraz książka z wietnamską zakładką i dedykacją leci do Violetty Ewy

Lepiej przeczytać Pensjonat marzeń niż mieć masę dziwnych zdarzeń
Lepiej w Szkole Żon się kochać niż samemu w łóżku szlochać
Lepiej z torba od Witkiewicz niż w sukience Przytakiewicz
Lepiej kupić Szkołę Żon niż mieć na imię Gaston.

Dowolna moja książka z dedykacją poleci do Beaty Głąb

Lepiej Ósmy Cud przeczytać, niż z Hugh Grantem się przywitać.
Lepiej poznać Zamek z piasku, niźli w nudy być potrzasku.
Lepiej czytać Magdę Wu, niż kochanków mieć ze stu.
Lepiej Szkołę żon studiować, niż po kątach tyłek chować.

Konkurs ze Storytel.pl

Kody na 3 miesiące słuchania otrzymują Zosia Filipiuk i Zuzanna Arczyńska:)

Konkurs z wydawnictwem Od deski do deski

Książki oraz zestaw gadżetów otrzymują Izabela Leszczyńska i jej córka:)

Bardzo proszę wszystkich zwycięzców o mail na adres magdalena.witkiewicz@pracowniadobrychmysli.pl wraz z adresem do wysyłki nagród. Proszę koniecznie w temacie maila napisać KONKURS URODZINOWY.

Spotkania autorskie 2017

A miałam mniej jeździć... SPOTKANIA AUTORSKIE w tym roku. Wcisnę jedynie spotkania dla dzieci przed południem w okolicy moich spotkań popołudniowych.

PAŹDZIERNIK
sob. 14 paź koncert Hospicjum
pon. 23 paź 17:00 – 18:00Mielec - spotkanie z Magdaleną Witkiewicz
wt. 24 paź 17:00 – 18:00 Mogielnica - spotkanie z Magdaleną Witkiewicz
śr. 25 paź
10:00 – 11:00 Jodłowa - spotkanie dla dzieci
17:00 – 18:00 Biblioteka w Bukowcu
czw. 26 paź 17:00 – 19:00 Filia 48 Biblioteka Kraków
pt. 27 paź 12:00 – 14:00 Magdalena Witkiewicz na stoisku wydawnictwa Od deski do deski.
sob. 28 paź
Magdalena Witkiewicz na Targach Książki w Krakowie
Magdalena Witkiewicz i Alek Rogoziński na Targach Książki 29 paź 16:00 – 19:00 GBP Kęty

LISTOPAD
pon. 6 lis 18:00 – 19:00 Gdańsk - spotkanie z Magdaleną Witkiewicz
wt. 14 lis 10:00 – 13:00 Tczew - spotkanie dla dzieci
16 list 18:00-20:00 Magdalena Witkiewicz i Alek Rogozinski w warszawskim Empiku
sob. 18 lis 16:00 – 18:00 Magdalena Witkiewicz i Aleksander Rogoziński w gdańskim Empiku
wt. 21 lis 19:00 – 21:00 Magdalena Witkiewicz w Legionowie
śr. 22 lis
16:00 – 17:30 MBP Łódź - Widzew
18:00 – 19:30 PBP w Łowiczu
czw. 23 lis
16:00 – 17:00 @BP w Łasku
18:00 – 19:30 BP MiG Działoszyn
pt. 24 lis
16:00 – 17:30 GBP w Witonii
18:00 – 19:00 MBP Łódź-Górna FB nr 10

GRUDZIEŃ
pon. 4 gru 18:00 – 21:00 Teatr Nowy Poznań - spotkanie autorskie

Byle do lata!

„Jesień idzie. Dni coraz krótsze, ptaki przestają śpiewać.”
Tymi słowami obudził mnie kiedyś mój mąż. Nie byłoby w tym kompletnie nic dziwnego, gdyby nie to, że to był czerwiec, a dokładniej czerwcowy poranek, zaraz po najkrótszej nocy w roku.
(a psik!)
Budziło mnie jeszcze słońce i gdyby nie słowa mojego męża, to poranek byłby całkiem udany. 
Mój mąż tym stwierdzeniem wprowadził mnie w iście melancholijny nastrój, ale wtedy pogoda za oknem zapewniała dobry humor! A teraz?
(a psik!)
Teraz siedzę pod kocem w ciepłym dresie i cieszę się, że wyjątkowo nie chrypię. Moja córka chrypi znowu!  (Cały czas jestem wdzięczna losowi, że mogę pracować, siedząc w dresie, za to, że dziecko chrypi – trochę mniej.)
Moja dewiza na każdą jesień to 4 razy K. Kot, koc, kawa i książka. No czasem komputer. Oczywiście chciałoby się poszurać w jesiennych liściach, cieszyć się tą złotą polską jesienią, tylko gdzież ona?
Chyba też leży schowana pod kocem i pije nalewkę ku zdrowotnosci!
(a psik!)

Jakie książki polecacie, by się rozgrzać w jesienny czas? Oprócz „Ósmego cudu świata”, który przeniesie nas do gorącego Wietnamu, do ogrzania polecam również „Pracownię dobrych myśli”. To akurat lektura na jesień i zimę.
Jakie znacie otulacze na jesień?
Książkowe otulacze oczywiście! Piszcie w komentarzach!

Jesienna trasa autorska

Tak jak pisałam już w newsletterze (możesz zapisać się tutaj) jesień zapowiada się podróżniczo. Cieszy mnie to nawet, bo czasem lubię samotnie przemierzać Polskę wzdłuż i wszerz, a tym razem zawitam  aż na Podkarpacie. Storytel zainstalowane w telefonie, więc nudno nie będzie.

Zapraszam na spotkania!

WRZESIEŃ

śr. 13 wrz 17:00 – 18:00 Władysławowo – Hallera 19 Władysławowo
pt. 15 wrz 18:00 – 19:00 Gdańsk – Galeria Baltycka Empik
pt. 22 wrz 18:00 – 19:00 Warszawa Empik Nowy Świat

PAŹDZIERNIK
sob. 14 paź  koncert Hospicjum (podpisywanie książek)
pon. 23 paź 17:00 – 18:00 Bukowiec (data może ulec zmianie, gdyż wolałabym tego dnia Mielec, będę pertraktować:))
wt. 24 paź 17:00 – 18:00 Mogielnica (data może ulec zmianie)
śr. 25 paź 17:00 – 18:00 Mielec (data może ulec zmianie)
czw. 26 paź 17:00 – 18:00 Kraków – Filia 48 Biblioteka Kraków os. Boh. Września 26 31 – 621 Kraków
pt. 27 paź Targi książki Kraków (Wyd. Od deski do deski, szczegóły później)
sob. 28 paź Targi książki Kraków (11.00-13.00 Wyd. Filia, 16.00 Księgarnia Gandalf)
niedz. 29 paź 16:00 – 18:00 Biblioteka w Kętach

LISTOPAD
śr. 22 lis
16:00 – 17:00 MBP Łódź-Widzew
18:00 – 19:00 PBP w Łowiczu
czw. 23 lis
16:00 – 17:00 BP w Łasku
18:00 – 19:00 BP MiG Działoszyn
pt. 24 lis
16:00 – 17:00 GBP w Witonii
18:00 – 19:00 MBP Łódź-Górna FB nr 10

GRUDZIEŃ
pon. 4 gru 18:00 – 19:00 Spotkanie Poznań – Teatr Nowy Jana Henryka Dąbrowskiego 5, 60-838 Poznań, Polska


Aktualne spotkania autorskie zawsze możecie śledzić tutaj. I to z dużym wyprzedzeniem.

Najgorętsze premiery września!

Nie wiem, czy takie wpisy będą cykliczne, ale we wrześniu tyle się dzieje, że muszę się z Wami podzielić lekturami na które czekam! Nawet koniec sierpnia się załapał:)
Kolejność trochę przypadkowa, trochę nie, muszę napisać, że pierwsze miejsce jest zupełnie nieprzypadkowe, bo inaczej będzie foch Aleksandra. No, a jak wiemy, foch Aleksandra byle jakim fochem nie jest!

Wybór zupełnie subiektywny i absolutnie niesponsorowany (no chyba, że Aleksander postawi mi kawę).

Zatem czekam na nową Różę Krull i książkę Alka Rogozińskiego Lustereczko powiedz przecie. Chociaż tym razem mam zamiar posłuchać ją w Storytel.pl, a nie przeczytać. Będzie w sam raz na październikową trasę autorską!

 

 

Wydawnictwo Filia również zapewnia nam fajną rozrywkę na jesień. Krysia, Gabrysia, Agnieszka na pewno nie zawiodą, a Idealne życie Minki Kent kusi opisem, oj kusi. 

 

Kolejna pozycja książkowa to "Oskarżenie" i Remigiusz Mróz, którego nie mogę wciąż przekonać, by "zakochał Chyłkę". Mam małe zaległości, bo nie czytałam jeszcze poprzedniej, ale z pewnością nadrobię. 

Cobena trochę zaniedbałam, ale pamiętam, że na studiach zarywałam noce, czytając go. I potem Sparks. Ach! Kiedy znajdę na to czas?
  

 

 


Wstydliwie przyznam, że uwielbiam takie książki. Cały czas się łudzę, że wystarczy je kupić, by mieć nieskazitelny porządek. Niestety nie. Nawet nie wystarczy przeczytać. Może uda mi się wdrożyć chociaż część rad i mądrości;)

Zawsze gdy wracam po wakacjach, mam tyle planów...

 

 

 


 

Uwielbiam książki Thorwalda. Pamiętacie, co miał na półce Szymon w książce "Czereśnie zawsze muszą być dwie"? Z przyjemnością się zagłębie w medyczne tajemnice dawnych czasów. I na koniec Hashimoto. Czyli coś, co mnie dotyczy od ponad 10 lat. O Izabeli Wentz słyszałam i wiem, że warto przeczytać, co ma do powiedzenia. Czyli grozi mi bankructwo! 

 

 

Na koniec debiut - Ania Krzyczkowska. Cudowna wrażliwość i piękny język. Warto zwrócić uwagę na to nazwisko! (Premiera 25.09 wyd. Szara Godzina)

Jeszcze będę dopisywać sukcesywnie inne propozycje. Myślę, że czas zainwestować w nowego Kindle, gdyż stary pęka już w szwach! (Gdzie Kindle ma szwy?)

A na co Wy czekacie?

#kobietakobiecie

Jakie to dziwne – deadline minął, a ja już mam nowe pomysły! Zastanawiałam się, co, albo kto mnie w życiu inspiruje. Bardzo często są to KOBIETY! W moich książkach też jest przyjaźń, bo mimo iż potrafimy być złośliwe i czasem zupełnie niesympatyczne, to w obliczu „pożaru” działamy bardzo zespołowo. Grupa na facebooku Magiczne Miejsce wielokrotnie pokazała, że gdy jednej dzieje się krzywda, tłumnie idziemy z pomocą. Fajnie, prawda?

Stąd akcja #kobietakobiecie!

Akcja #kobietakobiecie jest po to, byście się inspirowały innymi kobietami. Tymi, które chcą Wam coś przekazać, tymi, które rozkręcają swój biznes, mają pasję.
Będzie o biznesie, odchudzaniu, szyciu, zdrowiu, związkach, miłości, po prostu o życiu!
Postaram się, byście uwierzyły, że marzenia się spełnia, a szczęście czeka za drzwiami, tylko należy je wpuścić!
Chcesz opowiedzieć swoją historię? Robisz coś fajnego? Szyjesz? Robisz biżuterię? Inspirujesz kobiety do działania?
Może napiszesz coś ciekawego i pochwalisz się swoją stroną, pokażesz co szyjesz, jaką robisz biżuterię, zareklamujesz się po prostu? Albo masz ochotę po prostu coś przekazać innym kobietom?
Pisz na adres: kobietakobiecie@magdalenawitkiewicz.pl, Twoja historia zostanie opublikowana w moim newsletterze, do którego zapisało się już ponad 1000 osób!

W najbliższym newsletterze, lada chwila wielce inspirująca Ania Korzeniewska. Dziewczyna, której się udało schudnąć 80 kilo!!! Nie, nie pomyliłam się. OSIEMDZIESIĄT.

 

Co do akcji.

  1. Szukam patronów medialnych (media, blogerzy i inne życzliwe osoby:)
  2. Może ktoś ma zdolności i zrobiłby mi logo akcji? (prooooszę!)
  3. Wszelkie inspiracje mile widziane!

Zapisz się do newslettera! TUTAJ i czekaj na maila z wyłącznie dobrymi wiadomościami!

Tylko dobre wiadomości!

Tak sobie myślę, że newsletter okazał się sukcesem! Nie spodziewałam się tego:) Nie zliczę ile dostaję odpowiedzi na niego. Każda mnie bardzo, bardzo cieszy!

Tak o nim piszecie:)


 

Pytacie, jak się zapisać. Wystarczy wypełnić formularz tutaj. Następnie trzeba sprawdzić skrzynkę i poszukać ode mnie maila. Na pewno gdzieś jest:) Jeżeli nie w spamie, to w innych folderach. KONIECZNIE trzeba potwierdzić chęć otrzymywania newslettera, poprzez kliknięcie w link znajdujący się w tym e-mailu. Jeżeli nie potwierdzicie - newsletter nie będzie przychodził. 

Na grupie na Facebooku pytałam Was, jak często powinien przychodzić newsletter. Zdecydowanie kochacie niespodzianki!!!

No to wracam do pracy, a Wy zapisujcie się i oczekujcie niespodziewanego:)

Czas zabrać się do roboty!

Czas się zabrać do roboty. Naprawdę próbowałam przekonać wydawcę, że nie dam rady napisać książki na jesień (a w zasadzie jej dokończyć), ale wszyscy jakoś dziwnie ufają, że dam radę. No ba. Tyle razy mówiłam „kto, jak nie ja?”. Mam nadzieję, że i tak będzie tym razem.

Co teraz piszę?

Wietnam piszę, moi drodzy! Pamiętacie moje opowiadanie, które ukazało się w ubiegłym roku w magazynie Party? Po publikacji dostałam mnóstwo maili z zapytaniem, czy już jest książka, a może będzie? I otóż będzie! Oczywiście, gdy ją napiszę:)

Ruszam z kopyta od zaraz. Czereśnie pisałam bardzo grzecznie. Nie wiem, jak jest z Wami, ale jeżeli chodzi o mnie, to Prokrastynacja jest moim drugim imieniem. Zatem instaluję sobie ponownie przyjaciela każdego leniucha, czyli Cold Turkey!

Ten program skutecznie blokuje mi wszystkie internetowe przeszkadzacze. Kocham go, ale zarazem nienawidzę:) Ale cóż. Podobno już niektórzy skończyli czytać „Czereśnie” i narzekają, że nie mają co czytać. Więc do roboty! Będziecie mnie wspierać i mobilizować? Dedlajn nadszedł!

 

 

Czereśnie zawsze muszą być dwie – podziękowania:)


Tę książkę pisałam bardzo długo. A w zasadzie nie pisałam, tylko o niej myślałam.

Kilka lat temu mieszkający niedaleko ogrodnik moich rodziców, Jan Kreft został poproszony przez mojego tatę, by posadził w ogrodzie jedno drzewko czereśniowe. Gdy to usłyszał, powiedział.

– Ale jak to? Czereśnie zawsze muszą być dwie!

Usłyszałam te słowa i wpatrywałam się w niego jak urzeczona. Przecież to taka oczywista prawda życiowa! W tym momencie zaczęła powstawać historia, która przez te kilka lat bardzo się pozmieniała, ale motyw czereśni pozostał. Panie Janie – bardzo dziękuję za pomysł! Bez Pana tej książki by nie było!

Na początku akcja miała rozgrywać się w moim rodzinnym Gdańsku. Jednak, musze się Wam do czegoś przyznać. (Ze wstydem). Nigdy nie interesowałam się zbytnio historią i tutaj mi przeszkadzało wielce Wolne Miasto Gdańsk. Bałam się, że się nie połapię w tym wszystkim. Obawiałam się, że wiele źródeł będzie dostępnych tylko po niemiecku i mimo iż znam ten język, to sobie nie poradzę, zatem szukałam innego miejsca. Zastanawiałam się nad Gdynią, Sopotem, miasteczkami na Kaszubach, Poznaniem. Dlaczego zatem Ruda Pabianicka?

Przy okazji promocji którejś z moich książek zostałam zaproszona do Empiku w Łodzi. Tam zawsze panuje niesamowita atmosfera. Zupełnie nie wiem, na czym to polega, ale w łódzkim Empiku, czuję się zawsze jak wśród przyjaciół. Siedzimy, rozmawiamy i nie możemy się rozstać! Nawet miejsca na podłodze często są zajęte. (Kinga, dziękuję Ci za tę cudną atmosferę!)

Opowiadałam już wtedy czytelnikom o mojej książce. Zastanawiam się, gdzie umieścić jej akcję. Czytelnicy, a właściwie czytelniczki zareagowali natychmiast:

– Jak to gdzie? W Łodzi!
– W Łodzi? No nie wiem, potrzebny mi jakiś stary dom… – Powiedziałam nieśmiało.
– Mamy stare domy! Na przykład w Rudzie Pabianickiej!
– Tylko to tak daleko, ciężko pojechać na dokumentację… Bo ja wszędzie z dziećmi…
– Zaopiekujemy się!
– …I potrzebny mi las…
– Posadzimy! (To chyba Kasia Tylka zawołała! Kasia, jak tam, rośnie las?:))

No i ta Ruda Pabianicka zaczęła mi kiełkować w głowie. Najpierw „na sucho”. Dużo czytałam, przeglądałam forum Sympatyków Rudy Pabianickiej (dziękuję wszystkim, którzy mi pomogli), rozmawiałam z wieloma osobami, kupiłam jakieś dwadzieścia kilo książek o fabrykantach, Rudzie Pabianickiej i Łodzi, drugie tyle o Polsce w latach międzywojennych.

Później spędziłam kilka dni w Łodzi z mamą i dzieciakami. Zakochałam się w tym mieście. Mieszkaliśmy w pięknych pofabrycznych loftach blisko Księżego Młynu, zwiedzaliśmy codziennie inną część Łodzi. Muzea, ulice, piękne industrialne wnętrza. Bardzo nam się podobało.

Ale wtedy jednak jeszcze nie byłam przekonana.

Potem jeszcze raz pojechałam w tamte rejony. Tym razem z mężem.

Ponownie odwiedziliśmy muzeum włókiennictwa i pojechaliśmy również do Rudy. Gdy zobaczyłam Willę Saurów, całym sercem poczułam, że to tutaj. Widziałam Annę stojącą na drodze, Lunę, taplającą się w kałużach, Zosię, która czeka na ganku na Szymona, a nawet pana Andrzeja siedzącego na starej ławeczce wśród drzew. Poczułam dreszcze na całym ciele. Czułam, że to jest to. Potem poszliśmy na spacer po lesie i znowu zobaczyłam wszystkie wydarzenia, jakbym oglądała film.

To musiało być to miejsce. Ten dom, ten las. Staw Stefańskiego, cmentarz, kościół.

Część akcji dzieje się w Gdańsku. Kocham moje miasto i podejrzewam, że zawsze będzie jego ślad w moich książkach. Teraz nawet czułam się, jakbym nieco je zdradzała.

Przeszłość w mojej powieści to lata trzydzieste. Przewertowałam chyba wszystkie dostępne łódzkie gazety z tamtych lat. Czytałam wróżby, co nas czeka w przyszłości, ogłoszenia i nekrologi. „Wesoły domek” Madame Wróblewskiej naprawdę istniał, o kursach szycia u Grynblatowej wiem też z reklamy w jednej z gazet. Akuszerka Pelagia Zajfertowa przyjmowała w Rudzie Pabianickiej, przy ulicy Legionów numer 5.

Ksiądz Lewandowicz faktycznie był w parafii św. Józefa i naprawdę był niedaleko drewnianej plebanii przy ulicy Kościelnej sad owocowy, któremu ze względu na podmokłe tereny nie wróżono owoców.

Postać mojego Henryka Dworaka została trochę wzorowana na rudzkim fabrykancie Adolfie Horaku. Jednak głównie to były twarde fakty dotyczące majątku. Inne perypetie są zupełnie wymyślone.

Wiem, że w stawie Stefańskiego było wiele samobójstw, a w lasach rudzkich są pozostałości wielu grobów, to z murowanym krzyżem, to z brzozowym.

Willę pofabrykancką trochę pozmieniałam na potrzeby fabuły. Taki przywilej pisarki!

Jednak starałam się, byście trochę posmakowali tego międzywojennego rudzkiego świata.

Jest tyle osób, którym chciałabym podziękować, znowu boję się, że o kimś nie wspomnę. Wynika to tylko i wyłącznie z mojego roztrzepania, z którego jestem znana!

Monice Tresce – za wsparcie na każdym etapie pisania, za kawy i czekoladowe kalorie, które w cudny sposób zmieniały się wieczorami w literki. Za wszelakie uwagi i za cierpliwość, gdy kazałam jej czytać powieść w odcinkach! I za to, że Karol był faktycznie Karolem, a nie Andrzejem i za Zosię, która u mnie czasem bywała Anną. Monika, jesteś Matką Chrzestną tej książki i jeżeli kiedykolwiek zachowywałam się jak psycho-autorka, wymagając od Ciebie byś przeczytała NATYCHMIAST to, co napisałam, (a zachowywałam się tak nieustająco), to przepraszam! Mam nadzieję, że kiedyś będę czytać Twoje książki! I to dzięki Tobie ta książka jest taka gruba, bo wjechałaś mi na ambicję. Dziękuję!

Ani Krzyczkowskiej dziękuję przede wszystkim za wspólne siedzenie nocami (nie wiem Ania, kiedy Ty śpisz) i za to, że jak około trzeciej w nocy zachciało mi się pogadać, ona zawsze była, służyła radą i wsparciem. Dziękuję również za konsultacje weterynaryjne i kontrolę poprawności imion!

Monika i Ania – to dzięki Wam ta książka każdego dnia rosła i rosła!

Bognie Kozłowskiej – kochana. Tobie za wszystko! Gdybym miała wymieniać, to powstałaby kolejna gruba książka. Zatem ZA WSZYSTKO.

Marzence Grochowskiej – za to, że jedna rozmowa z nią pomaga mi odzyskać spokój. I po kilku słowach zamienionych z nią fruwam.

Pawłowi Płaczkowi za to, że stał nade mną z batem i pilnował, czy się wywiązuje z odpowiedniej ilości literek. Aleksandrowi Rogozińskiemu za to, że pomógł mi rozwiązać sytuację bez wyjścia – jak Andrzej powinien znaleźć dokumenty (obawiam się, że im więcej będę przestawać z autorem kryminałów, tym więcej ludzi będę musiała pochować w moich powieściach). Dziękuję za cierpliwość, gdy po kolei informowałam Cię kto umiera, kiedy i na co. Daliśmy radę.

Pepe i Alku – fajnie, że jesteście. Jak już kiedyś mówiłam, bez Was Warszawa jest jakaś inna. I tak bardzo mi miło, że zawsze mogę być Waszym gościem (pamiętacie, co chciałam napisać, prawda?).

Katarzynie Radziejewskiej – za wsparcie i pilnowanie mnie bym nie zrobiła zbyt dużo rzeczy, które mogłyby mi zaszkodzić. Cieszę się, że spotkałyśmy się na tym świecie!

Joli Walusiak – Skorupie – Mojej ulubionej pani profesor, za pomoc w medycznych aspektach. Gdyby ktoś kiedyś podpatrzył nasze rozmowy na facebooku, miałybyśmy z pewnością problemy! A że kilka osób w tej książce „pochowałam” zgodnie z zaleceniami Joli, to kłopoty nasze byłyby wielkie. Jola, dziękuję za pomoc i wskazówki!

Wszystkim Zosiom Krasnopolskim (Moimi czytelniczkami są Zosia Krasnopolska i Zosia Krasnopolska – Wesner) dziękuję za użyczenie nazwiska. Tak bardzo mi się podobało! Gdy tylko Zosia pojawiła się wśród czytelniczek, wiedziałam, że muszę zapytać o zgodę. Mam nadzieję, że polubiłyście Waszą Zosię.

Magdzie Fryt – za wsparcie, humor, motywację. Magda, gdyby nie Twoje dopytywania, to bym pisała dwa razy mniej:)

Anecie Stawiszynskiej – dziękuję za jej książkę o Rudzie Pabianickiej, za cudowny spacer po Popiołach, za to, że odpowiadała cierpliwie na każde, czasem najdziwniejsze moje pytania dotyczące Rudy Pabianickiej w okresie międzywojennym. Bez Ciebie to wszystko byłoby plastikowe. A tak, nawet Zajfertowa się znalazła!

Mojemu mężowi Tomkowi dziękuję za wszelakie szczegółowe aspekty dotyczące spraw technicznych. Wyglądało to mniej więcej tak:

– Słuchaj, powiedz mi, jak uszkodzić samochód, by moja bohaterka nie zauważyła, a by musiał iść do warsztatu. Może gumę złapie?
– No może. Ale zauważy.
– No dobra, to niech zauważy. Zatrzyma się i ktoś jej będzie pomagał zmienić koło. A potem co? Ten ktoś pojedzie z nią do wulkanizatora?
– A po co on ma jechać?
– No jak to po co? Bo jest miły, czuły.
– Nie pojechałby.
– Ale dla fabuły musi. Przecież może mieszkać blisko i tak towarzysko ją odwiedzić.
– Towarzysko? Ale po co?
– Matkooo, bo ona mu się podoba!
– A no chyba, że tak.
– No dobra, to będzie guma. – zadecydowałam.
– Madziaku. Nie idź na łatwiznę. Napisz, że rezystor prędkości obrotu wentylatora się przepalił.

Jak już wiecie, pozostałam przy gumie! 🙂

Agnieszce i Piotrkowi Jarosławskim – za nazwisko, którego użyłam. Szymon jest jakimś Waszym dalekim krewnym!

Dorocie Schrammek – za czarne świece i magię. Wykorzystam to jeszcze kiedyś!

Ani Piotrowskiej dziękuję za wsparcie na każdym kroku i to, że mogę obdarzyć ją wielkim zaufaniem.

Ewie Madeyskiej za wsparcie od początku do końca, motywację i zachęcanie do Scrivenera, który okazał się najlepszym narzędziem, z jakiego korzystałam do tej pory. To właśnie Ewa na jesieni już zaczęła mi przypominać, że „Czereśnie” są ważną dla mnie książką i że powinnam zacząć ją pisać jak najszybciej.

Księdzu Jędrzejowi Orłowskiemu za informacje dotyczące pochówku Anny. Te informacje pomogły mi spiąć całą książkę tak, by się wszystko skończyło dobrze. Bez księdza Jędrzeja pogubiłabym się w tym wszystkim.

Iwonie Kowalskiej – za pomoc w odkryciu zawiłości odzyskiwania powojennego mienia.

Icie Radziałowskiej – za historię o kurach. Ta, że kura wychowała szczeniaka jest prawdziwa!

Agacie Bizuk – za to, że mnie wspierała na każdym etapie pisania. Agata, czekam na Twoją kolejną powieść!

Markowi Korożanowi – za konsultacje książkowo-ginekologiczne. Dziękuję za maile z konkretami pisane o północy. (Tym razem podziękowałam! Nie zapomniałam) Magdzie Korożan też dziękuję, bo dzięki Wam jeszcze jest kilka fajnych historii do opisania. Oczywiście wszelaka zbieżność jest zupełnie przypadkowa!

Małgosi Mielcarek Żuczek, Agnieszce Kościelak i Ani Niemczyk-Janiszewskiej dziękuję za zaangażowanie w poszukiwania starych książek  o sadownictwie.

Małgosi (SercemSzyte) dziękuję również za cudne podkładki pod kubki, które umilały mi noce z kawą… I za towarzystwo. Bo tak bardzo mi było miło, gdy pisałam w nocy i miałam świadomość, że tam gdzieś też ktoś jeszcze nie śpi.

Dorocie Jaroszewskiej – za to, że pokazałaś mi swoją miłość do Łodzi – to też dzięki Tobie ta Łódź tutaj się pojawiła. Dziękuję Ci również za historię o prababci Elzie. Nie cała historia została tu opowiedziana. Dałam sobie furtkę na kontynuację. Kto wie, czy Twoja prababcia kiedyś nie stanie się główną bohaterką?

Małgorzacie Dębczyńskiej – Zachacz i Karolinie Kołodziej za fantastyczny spacer po Piotrkowskiej. Ależ wtedy było lodowato!

Wszystkim, którzy byli na spotkaniu w Empiku w Łodzi i namawiali mnie na osadzenie fabuły w Rudzie. Mam nadzieję, że Was nie zawiodłam. Ela Piotrowska, największa Łódzka patriotko, dziękuję za wszystko.

Kasi Graj za niesamowitą energię i pokazanie mi, jak to jest być „celebrytką”:))))))

Dziękuję wszystkim z grupy fanów „Magiczne miejsce” – to wszystko dla Was!

Dziękuję nieustająco mojemu wydawcy (Olga, Marysia, Mateusz, Adrian) – wreszcie napisałam grubszą książkę! (Zaraz mi powiecie, że to dlatego, że podziękowania zajmują połowę objętości, więc już kończę).

Podziękowania wszystkim czytelniczkom składam na ręce jednej z najwierniejszych. Takich, które zawsze czekają – Danusi Płachetko, dziękuję że jesteś i wspierasz dobrą energią!

Dziękuję również wszystkim tym którzy mi źle życzą (oj są tacy!) Dzięki wam jeszcze bardziej uważnie patrzę pod nogi gdy kroczę ścieżkami życia.

I najważniejsze. Dziękuję mojej rodzinie, najbliższym na których zawsze mogę polegać Rodzicom, dziadkowi Markowi, mężowi, dzieciom i bratu. Bez Was to wszystko by nie miało sensu.